Równie mało celne jak

| | Równie mało celne jak ów rym wydaje mi się pojęcie literackiej „masowości", choćby dlatego, iż bardzo mgliste są jego związki z poczytnością - a także z faktem, że w schematach jakiego bądź podziału zawsze istnieją konkretne książki lepsze lub gorsze. Wcale nie wiem, czy przyszłość literatury istotnie leży - jak przepowiada Kisiel - w powieści bulwarowej, ale na pewno w tej chwili jest lepiej, że w ogromnych nakładach rozchodzą się wiersze Gałczyńskiego, Bolesław Chrobry, Cichy Don czy Stary człowiek i morze, niż gdyby miano dla zaspokojenia masowego odbiorcy mnożyć Błękitne szynszyle Barbary Gordon. Nie można kogoś atakować za to, że pisze powieść trudną i wymagającą wysiłku od czytelnika, podobnie jak nie można atakować malarza za obrazy abstrakcyjne, a np. Kisiela za to, że nie komponuje pieśni masowych. Natomiast można i trzeba atakować tandetę i lipę w każdym gatunku: bo może być dobra i zła powieść kryminalna, psychologiczna, awanturnicza, historyczna, reportażowa (zresztą granice gatunków stają się coraz bardziej płynne), dobry i zły obraz abstrakcyjny czy realistyczny, dobra i zła muzyka estradowa, jazzowa, operetkowa, piosenkarska i jaka tam jeszcze. Przecież to są rzeczy oczywiste, zresztą Kisiel pięknie był o nich pisał (czas zaprzeszły), przypominam je tylko dla porządku. Dwupodział na niedostępnych marszałków i popularnych sierżantów zaciera rozległe stopniowanie jakości, i - powiedzmy - dobry (ilm rozrywkowy przestaje różnić się czymkolwiek od lichego melodramatu, jeśli oba oceniać jedynie wedle ogonków przed kinem. Sens upowszechnienia polega na tym, żeby czytelnik, widz lub słuchacz umiał w każdym gatunku wybierać rzeczy coraz lepsze.
| |